Kosmonautyka w gruncie rzeczy bliska jest ufologii. Tyle tylko, że ta pierwsza bada najbliższe otoczenie naszego trójwymiarowego świata poszukując korzyści dla ludzkości, a ufologia sięga do innych wymiarów przestrzeni i dąży do wiarygodnych kontaktów z innymi rozumnymi cywilizacjami. Kosmonautyka nie wyklucza w zasadzie spotkań z pozaziemskimi siłami. Możliwe, że kosmonauci już dawno mieli kontakty z UFO. Fakt, że wiele z tych zdarzeń nadal pozostaje utajnionych można wyjaśnić nie tyle bezsilnością nauki, co wszechmocą polityki. Złamać zakazy ośmielają się tylko nieliczni, a i to dopiero po zakończeniu zawodowej kariery.

Jednak w ostatnim czasie coraz więcej emerytowanych kosmonautów rosyjskich i amerykańskich śmiało zaczyna przyznawać się do niezwykłych sytuacji w czasie lotów orbitalnych. Oto kilka przykładów.

Władimir KowalonokWładimir Kowalonok, generał-pułkownik lotnictwa, dwukrotny Bohater Związku Radzieckiego, latał na kilku statkach kosmicznych typu „Sojuz” i przebywał na stacji orbitalnej Salut-6. Przypadek, o którym opowiedział generał, zdarzył się 5 maja 1981 roku około godziny 18. W tym czasie kosmiczna stacja „Salut-6”, na której pracował, przelatywała nad Afryką Południową w stronę Oceanu Indyjskiego. Zakończywszy przepisane regulaminem ćwiczenia gimnastyczne, Kowalonok spojrzał w iluminator i zobaczył w pobliżu stacji jakiś dziwny obiekt.

W kosmosie jest prawie niemożliwe prawidłowe określenie rozmiarów i odległości „na oko”. Obserwatorowi może się wydawać, że widzi całkiem mały przedmiot, a tymczasem jest to coś ogromnego ale w dużej odległości. I na odwrót. W każdym razie, w polu widzenia kosmonauty pojawiło się coś niezwykłego. Obiekt miał kształt eliptyczny, leciał na tej samej wysokości, co stacja, tym samym kursem, nie zbliżając się i nie oddalając. Obracał się przy tym w kierunku ruchu, jakby toczył się po niewidzialnym torze.

Nagle kosmonautę oślepił wybuch jasnożółtego światła, przypominający bezdźwięczną eksplozję. Obiekt zamienił się w połyskującą złocistą kulę. Widok był piękny. Okazało się, że to dopiero początek. Po sekundzie-dwóch gdzieś poza polem widzenia nastąpił najwyraźniej podobny wybuch, ponieważ kosmonauta ujrzał wkrótce drugą, dokładnie taką samą kulę, jak pierwsza. Następnie pojawił się obłok mgły, który szybko przyjął formę sferyczną.

Stacja leciała na wschód i wkrótce zbliżyła się do terminatora – granicy światła i cienia. Kiedy weszła w cień rzucany przez Ziemię, wszystkie trzy kule przepadły bez śladu.

 

Giennadij StrekałowGiennadij Strekałow, dwukrotny Bohater Związku Radzieckiego, latał na statkach kosmicznych typu „Sojuz” i pracował na stacjach orbitalnych „Salut”. W 1990 roku, przebywając na stacji „Mir”, Strekałow był świadkiem absolutnie zagadkowego widowiska. Atmosfera była doskonale czysta, pod „Mirem” w tym czasie przesuwała się wyraźnie widoczna Nowa Funlandia. Nagle w polu widzenia kosmonauty pojawiło się coś podobnego do sfery. Blaskiem i jaskrawością przypominała ona choinkową bombkę – kolorową kulę ze szkła. Strekałow zawołał do iluminatora dowódcę, Giennadija Manakowa. Niestety, nie udało się sfotografować kuli, ponieważ – jak to często w takich przypadkach bywa – kamera nie była przygotowana do pracy. Obaj kosmonauci obserwowali barwne zjawisko około dziesięciu sekund.

Paweł PopowiczPaweł Popowicz, generał-major lotnictwa, kandydat nauk technicznych, latał na statkach kosmicznych „Wostok-4”, „Sojuz-14” i na stacji orbitalnej „Salut-3”. W jego życiu, jak opowiadał, był tylko jeden przypadek, kiedy spotkał się z czymś nieznanym; ze zjawiskiem, którego ani on sam, ani nikt inny nie mógł wytłumaczyć.

Zdarzyło się to w 1978 roku podczas lotu z Waszyngtonu do     Moskwy. Samolot leciał na wysokości ok. 10 000 m. Popowicz znajdował się w kabinie pilotów i przez przednie okno zobaczył nagle, jakieś 1500 m nad samolotem, połyskujący biały obiekt w kształcie trójkąta równobocznego, przypominający żagiel. Przemieszczał się kursem równoległym. Samolot, którym leciał kosmonauta, osiągał prędkość 900 km/h, ale tajemniczy obiekt bez trudu go wyprzedził. Według oceny Popowicza, prędkość „żagla” była półtora raza wyższa od prędkości samolotu.

Kosmonauta od razu powiadomił o swoim spostrzeżeniu członków załogi i wszyscy razem próbowali określić, co by to mogło być. Nikt nie potrafił sobie jednak skojarzyć zagadkowego trójkąta z czymś znanym. Nie był to na pewno samolot, ponieważ w tamtym czasie trójkątne samoloty nie istniały.

Pomoc z zewnątrz

Przykłady obserwacji UFO przez kosmonautów tworzą długą listę, ale chyba jeszcze bardziej fascynujące są przypadki, kiedy ziemska załoga rakiety kosmicznej otrzymała niespodziewanie pomoc z najmniej oczekiwanej strony.

W kwietniu 1975 roku rakieta nośna „Sojuza-18” z pułkownikiem Wasilijem Łazariewem i Olegiem Makarowem miała awarię i kabina statku kosmicznego  została na wysokości 195 km odłączona. Przy tym łączność z centrum dowodzenia została zakłócona przez jakiś dziwny głos, jakby imitujący głos ludzki. Z powodu zakłóceń kosmonauci nie zrozumieli przekazywanych im z centrali poleceń. Łazariew i Makarow doznali w spadającej kapsule ogromnych przeciążeń, chaotycznego wirowania, potem lotu pod kopułą spadochronu i na koniec poczuli uderzenie o ziemię. Z centrum powiadomiono ich wcześniej, że lądowanie nastąpi w górach Ałtaj.

KosmonauciZgodnie z regulaminem, ktoś z członków załogi powinien nacisnąć guzik urządzenia odłączającego spadochron od kabiny. Jednak jakiś głos uporczywie radził im, żeby tego nie robili. Otworzyli luk i wydostali się na zewnątrz. To, co zobaczyli, zmroziło im krew w żyłach. Jakaś cudowna siła zaczepiła czaszę spadochronu mocno na występie skalnym porośniętym gęsto krzewami i tylko dzięki temu linki utrzymywały aparat lądujący na stromym, górskim zboczu. Kilka metrów niżej zaczynała się głęboka przepaść.

Po zapadnięciu nocy kosmonauci rozpalili ognisko. Nagle usłyszeli w powietrzu narastający świst i jednocześnie ujrzeli jakiś świecący obiekt, wiszący prosto nad nimi. Obiekt pozostał w tej pozycji jakieś pół minuty, jakby upewniając się, że wszystko z nimi w porządku i zniknął tak nagle, jak się pojawił. Tylko dzięki dziwnym zakłóceniom w łączności i niezastosowaniu się do regulaminu obaj kosmonauci przeżyli awaryjne lądowanie.

Dlaczego nie zgłosili tego faktu po powrocie na Bajkonur? Po prostu, w tamtych czasach piloci i kosmonauci, którzy opowiadali o swych spotkania z UFO albo o jakichś tajemniczych zjawiskach, byli natychmiast odsuwani od dalszych lotów. I nie był to wcale pojedynczy przypadek…
Rating: 5.0/5. From 2 votes. Show votes.
Please wait...
Może zainteresuje cię również: