Jeśli człowiek przypadkowo się skaleczy, to z rany pocieknie krew. Jeśli przebiją go nożem, to może umrzeć z upływu krwi. Okazuje się jednak, że był mężczyzna, który swoim zachowaniem zaprzeczał tym regułom. Udowodnił, że ludzkie ciało posiada wiele skrytych możliwości, o których istnieniu nie mamy nawet pojęcia.

Tym człowiekiem był Arnold Gerrit Henske, ur. 6 sierpnia 1912 roku w Rotterdamie, znany pod pseudonimem Mirin Dajo, co w języku esperanto znaczy „Cudowny”. Oto kilka faktów z życia tego holenderskiego fakira, uzdrowiciela, medium i wizjonera.

Dzieciństwo

W sierpniu 1912 roku w pewnej holenderskiej rodzinie urodził się chłopiec, któremu dali na imię Arnold. Rósł jak zwykłe dziecko – biegał z dziećmi, łaził po drzewach i robił wszystko to, co jego rówieśnicy. Ale było coś, co odróżniało małego Arnolda od innych dzieci:Mirin Dajo (2)

  • Od wczesnego dzieciństwa bardzo dobrze rysował.
  • Posiadał osobliwe zdolności przedstawiania czegoś, czego nigdy nie widział. Na przykład, pewnego razu w rodzinie zdarzyło się nieszczęście – zmarła dalsza krewna, której Arnold nie znał. A mimo to był w stanie narysować jej portret, przy czym wszyscy krewni zostali zaskoczeni niezwykle drobiazgowym przedstawieniem najmniejszych detali twarzy zmarłej. Ludzi ogarnął strach.
  • A po trzecie, on nigdy nie pamiętał, co robił we śnie. Brzmi to dziwnie, ale tak rzeczywiście było. Arnold przed snem zawsze przebierał się w swoim pokoju zostawiając na koniec dnia idealny porządek. Ale często, przebudziwszy się, znajdował swój pokój w dzikim bezładzie – dookoła poniewierały się szkice, zrzucone przez kogoś na podłogę, pościel zabrudzona farbami, a na stole leżał prawie gotowy obraz. Chłopak rozumiał, że nikt oprócz niego nie mógł tego zrobić. Znaczy się, wstawał w nocy, rysował i niczego rano nie pamiętał?

Henske chciał związać swoje życie z rysowaniem i w wieku dwudziestu lat otworzył własne biuro wzornictwa. Wszystko szło pięknie, interes rozkwitał i Arnold stał się poszukiwanym i sławnym projektantem. Tak było do 1945 roku, kiedy trzydziestotrzyletni Arnold, zupełnie przypadkowo, odkrył jeszcze jedną swoją tajemniczą cechę: odporność na ciosy broni białej.

Mirin Dajo

Po tym odkryciu Henske porzucił rysowanie i zaczął jeździć po świecie pokazując swoją wyjątkowość. Jaką miał do tego motywację – trudno powiedzieć. Może zauważył, że tak jest łatwiej zarobić na życie, a może chciał propagować skryte możliwości ludzkiego organizmu.

Początkowo chodził po knajpach Amsterdamu i proponował przygodnym ludziom, aby skaleczyli go nożem. Wszyscy patrzyli na niego, jak na wariata i nie spieszyli brać nóż do ręki. Wtedy Arnold sam wbijał sobie w ciało ostrze, a otaczający go ludzie widzieli, że nic się działo – krew nie leciała, bólu też nie było, bo Arnold stał z zadowoloną miną. Po kilku takich przedstawieniach stał się znany w całym mieście, a chętnych zobaczyć go w akcji na własne oczy było coraz więcej.

Niezwykłe show

Mirin Dajo (4)Wtedy to przybrał sobie pseudonim Mirin Dajo i pod nim zaczął występować na różnych placach Amsterdamu. Był rozchwytywany, dlatego potrzebował pomocnika, który zająłby się organizacją wystąpień. Został nim Jan Dirk de Groot. Aby wystąpienia Mirin Dajo były legalne, konieczne były badania lekarskie dla wykazania, że nie jest on szarlatanem i odpowiednia licencja. Uczeni z uniwersytetu w Lejdzie potwierdzili zdolności młodego człowieka i Mirin Dajo otrzymał zgodę na występy, ale tylko w zamkniętych pomieszczeniach. Bardzo się tym rozczarował, ponieważ marzyły mu się ogromne show przy wielotysięcznej widowni.

Musiał się jednak pogodzić z występami przed niewielką widownią. Dajo przekłuwał się ostrymi przedmiotami, jadł szkło, połykał żyletki, mył się wrzątkiem – i nic! Mało tego, przekonywał widzów, że wszystkie zjedzone przez niego ostre przedmioty z łatwością są trawione w jego organizmie.

Jan Dirk de Groot opowiadał później, że Mirin Dajo zawsze wyczuwał swój organizm i wiedział, co może w danym momencie zrobić, a co nie. Mówił, że podpowiadał mu ktoś „z góry”.

Wkrótce zaczął podróżować po całej Europie. Bywały dni, kiedy wystąpień było tak dużo, że Mirin Dajo przekłuwał się nawet 50 razy, przy czym wbijał broń w ciało na wylot – ostrze szpady wchodziło z jednej strony i wychodziło z drugiej przechodząc przez organy wewnętrzne. Dla większego efektu Holender połykał zardzewiałe żyletki, umoczone w truciźnie, a w Zurychu poprosił pewnego razu, aby przekłuto go ośmiomilimetrowymi rurkami, przez które puszczono potem wodę.

Podczas swoich występów Mirin Dajo nie tylko demonstrował swoje talenty, ale też objaśniał, jak można do tego dojść. Według niego, należało przede wszystkim pozbawić materialności to miejsce w ciele, przez które będzie coś ostrego wnikać. Podobno potrafił sam nastawić sobie złamaną kość, a ta błyskawicznie się zrastała. Potrafił też leczyć innych, przy czym robił to zawsze w obecności lekarzy, którzy potem potwierdzali wyniki leczenia.

Z czasem zakaz występów poza lokalami uległ zapomnieniu i Mirin Dajo zaczął pokazywać się przed większym audytorium – do czasu. Pewnego razu, przypadkowo, podczas przekłuwania się zaczepił o kość, co dla niego było wprawdzie bezbolesne, ale widzowie usłyszeli okropny zgrzyt – kilka osób zemdlało, a jedna staruszka nawet zmarła na zawał serca. Po tym zdarzeniu ponownie zabroniono mu występów na placach.

Nieśmiertelność? Nie do końca.

Mirin Dajo (1)Mirin Dajo przekonywał, że w ślad za niezależnością od ciała człowiek nawiązuje więź z wyższą Siłą, istniejącą poza światem materialnym. Twierdził, że jest wysłannikiem tej Siły na Ziemi, a jego misją jest przyciągnięcie na swoją stronę następców, którzy przeprowadzą ludzkość ze stanu materialnego w inny, bardziej rozwinięty.

Wizjoner tak bardzo uwierzył w swoją ”nieśmiertelność”, że 11 maja 1948 roku połknął wielką igłę, która tkwiła w nim dwie doby, a 13 maja miała być wyjęta przez chirurgów, ale bez znieczulenia. Lekarze wykonali operację w terminie, z jedną zmianą: pod narkozą. Igłę usunięto, po czym Mirin Dajo wstał i udał się do domu. De Groot ułożył kolegę w łóżku i zajął się swoimi sprawami. Kiedy wrócił, Dajo wciąż był w łóżku i przebywał – tak się Janowi wydawało – w stanie medytacji. Minęła doba, a Dajo wciąż „medytował”. De Groot sprawdził puls i oddychanie – wszystko było w normie. Po kilku dobach zaniepokoiło go, że taki stan trwa aż tak długo, ponownie sprawdził puls, ale tym razem Mirin Dajo już nie żył.

Według opinii lekarzy, Mirin Dajo zmarł na skutek rozerwania aorty, chociaż chirurdzy wyciągający igłę, z takim wnioskiem się nie zgadzali. Jan Dirk de Groot także; wierny pomocnik był przekonany, że mistrz postanowił dobrowolnie odejść z tego świata. Przed połknięciem igły miał on powiedzieć, że więcej nie zobaczy swojej ojczyzny i rodziny. I tak zakończyło się krótkie życie „nieśmiertelnego” Mirin Dajo.

Rating: 4.2/5. From 5 votes. Show votes.
Please wait...
Może zainteresuje cię również: