Termin „fafrotsky” nie jest zbyt popularny. Może dlatego, że dotyczy dość niecodziennego zjawiska…
Samo słowo pochodzi od „falls from the sky” („spada z nieba„) i opisuje bardzo szeroką grupę opadów nie będących standardowymi. Mówiąc dokładniej, fafrotskies, to nie deszcz, grad, ani nawet meteoryty – te ostatnie dopiero od XIX wieku, ponieważ wcześniej nie wierzono w istnienie skał spadających na ziemię z kosmosu, nawet pomimo obserwowania na powierzchni wielu pozostałości po takich zdarzeniach.

Co w takim razie zaliczamy do fafrotskies?

fishHistoria zna wiele przypadków kiedy coś, co zdecydowanie nie powinno znaleźć się w powietrzu, bez przyczyny, spadało z nieba. Często były to wręcz całe deszcze ryb, pająków, żab, ropuch i innych. Mianem fafrotsky w 1986 roku opatrzono też palec, który pojawił się znikąd i spadł na dach samochodu pewnego mieszkańca Berlina. Już to wystarczyło, żeby mężczyzna doznał niemałego szoku. Fakt, że nawet po przeszukaniu miejskich szpitali po zgubę nikt się nie zgłosił, mogło go tylko pogłębić.

Oczywiście nie każda sprawa była tak tajemnicza. Najbardziej znany przypadek dziwnych opadów, to słynny deszcz ryb, który odnotowano w 2009 r. w prefekturze Ishikawa w Japonii. Sprawę tę udało się wytłumaczyć trąbą powietrzną lub podobnym zjawiskiem. Nie ma tu co prawda stuprocentowej pewności, czy faktycznie było tak, jak zakładamy, ale biorąc pod uwagę wszystkie składowe (chociażby niewielki rozmiar ryb, więc możliwość ich dalekiego przeniesienia), wydaje się dość wiarygodne.

Inaczej wygląda to w przypadku materializacji przedmiotów w zamkniętych pomieszczeniach (bo i te są często zaliczane do frafrotskies), gdzie nie ma przecież możliwości, żeby coś zostało przeniesione przez wiatry lub w podobny sposób.

Zdarza się, że np. podczas seansów spirytystycznych coś niespodziewanie pojawi się w pomieszczeniu. Przypadek tego typu miał miejsce w 1819 roku. W obecności medium, na podłodze pomieszczenia, pojawiła się paczka zawierająca trzy kosteczki.
Materializacje podczas seansów podzielono nawet na dwie kategorie. Pierwszą są fafrotskies, a druga, to aporty (materializowane bezpośrednio przez medium) – nazwa ta zresztą była używana do określenia zjawiska jeszcze przed tym, jak stała się komendą.

Thomas Welton Stanford

Milioner i brat amerykańskiego senatora stał się pierwszą „ofiarą” materializacji. W 1908 roku został posądzony o nielegalny import niecodziennych towarów – głównie drobnych, starożytnych zabytków z Babilonii i martwych ptaków. Mężczyzna utrzymywał, że wszystkie te rzeczy pochodziły od medium, z którym utrzymywał kontakty. Czy to dla dowiedzenia własnej niewinności, czy raczej dla wyjaśnienia fenomenu, Stanford postarał się, żeby na uniwersytecie jego nazwiska (założonym przez brata) powstała fundacja badań psychologicznych. Medium, z którym milioner się kontaktował, było wielokrotnie badane w najróżniejszych warunkach, ale nie udowodniono mu oszustwa w większości przypadków (zdarzyło się to tylko kilka razy, jednak wiele jego aportów nie dało się w żaden sposób zaprzeczyć). Zdarzało się nawet, że podczas seansów w pokoju pojawiały się żywe ptaki, co było chyba najciekawszym przypadkiem aportu w historii.

Fafrotskies były bezpośrednią przyczyną wysnucia kilku ciekawych teorii:

  • Ivan Sanderson – wierzył, że skoro fale dźwiękowe mogą przenikać przedmioty, to być może materia również
  • Charles Hoy Fort – uważał, że świat opiekuje się nami, przynosząc deszcze zwierząt, jako pożywienie
  • starożytni sumerowie również mieli podobne zdanie, z tą różnicą, że dary miały pochodzić od samych bogów

Obecnie takie „dary” nie są niestety doceniane. W 1945 stacja meteorologiczna z St. Louis odebrała telefon od obdarowanej w ten sposób osoby, która wzięła deszcz fasoli za oznakę końca świata…

Czasem ciężko jest powiedzieć, czy opady, które obserwujemy są logicznie wytłumaczalne, czy nie. O ile np. meteoryty same w sobie nie zaliczają się do fafrotskies, co w przypadku tych, które „gonią” wybrane osoby?

Taka właśnie historia przydarzyła się dwóm wędkarzom łowiącym ryby w jeziorze Skaneatles w Nowym Jorku. Najpierw do wody wpadły trzy wielkie kamienie. Później rozpoczął się grad skalnych drobinek. Może nie byłoby to takie dziwne, gdyby nie fakt, że kiedy wędkarze uciekali, opady podążały za nimi. Możnaby je nawet posądzić o pewną złośliwość, ponieważ nawet kiedy mężczyźni ukrywali się gdzieś, opady ustawały, a nawet kiedy się rozdzielili, każdy z nich jeszcze przez pewien czas był atakowany przez spadające kamienie.
Te sprawę można jeszcze tłumaczyć sobie przypadkiem, ale są też takie, które odbierają nam wszelkie argumenty…
W 1957 roku deszcz kamieni zaczął padać na farmie w Pumphrey na terenie zachodniej Australii. Celem stał się pracownik, który nawet po ucieczce do (jak mogłoby się wydawać bezpiecznego) budynku wciąż nie mógł uwolnić się od gradu.

deszcz zwierzatSkoro już mowa o gradzie – okazuje się, że z nieba mogą spadać nie tylko znane nam dobrze lodowe bryłki. Fizyk James McDonald szczególnie interesował się przypadkami, kiedy fafrotskies pojawiały się w postaci pojedynczych, lodowych „głazów” sporych rozmiarów. Z naukowego punktu widzenia, można je wytłumaczyć, jako lód tworzący się na skrzydłach samolotów, które nie posiadają odpowiednio sprawnego systemu odmrażania. Problem w tym, że wyjaśniono w ten sposób tylko kilka przypadków. Pozostałe bryły wydawały się pojawiać znikąd. Być może nie zajmowanoby się tym tematem, gdyby nie fakt, że rozmiar lodowych głazów sięga nawet 5-6m, co stanowi realne zagrożenie dla życia osób, które znalazłyby się akurat w bliskiej okolicy.
Lodowe bloki stanowią tym większą ciekawostkę, że część z nich, jak twierdzą świadkowie pachnie siarką lub ma zielony kolor. Niektóre podobno są nawet ciepłe. Czy to możliwe, że pochodzą nie z powietrza, a z samego wnętrza Ziemi i w jakiś sposób zostają wyrzucone w górę?

A gdyby tak z nieba spadały pieniądze?

I takie przypadki już odnotowywano. Były to głównie deszcze monet – nie zawsze nawet aktualnych, ale zdarzały się też opady pieniędzy papierowych, np. we francuskim Bourges. Jeżeli jednak chcielibyśmy stać się świadkami opadów, lepiej wybrać się do Kenardington w Anglii, gdzie już kilkakrotnie zdarzało się, że na turystów spadały gorące monety.

deszcz zabTyle razy próbowaliśmy tłumaczyć sobie pochodzenie fafrotskies, a wciąż nie mamy żadnego niezbitego dowodu przemawiającego za konkretną wersją. Skąd biorą się opady żywych stworzeń? Gdyby nawet chodziło tu o tornado, potrzeba czasu na przemieszczenie zwierząt, a przebywanie w zimnej atmosferze nie dawałoby wielkich szans na przeżycie.
A co w przypadkach, kiedy z nieba spada krew, czy nawet organy wewnętrzne? Tornado owszem, jest w stanie podnosić wielkie przedmioty i roztrzaskiwać je o ziemię, ale nie zdarza się, żeby wyciągnęło coś z „wewnątrz” żywego stworzenia.
Nauka niestety zakłada, że wszystko podlega konkretnym prawom fizyki, więc materializacja i fafrotskies można z ich pomocą wytłumaczyć. Niestety wygląda na to, że tym razem nie dysponujemy odpowiednią wiedzą. A może nawet trzeba będzie wprowadzić drobne zmiany w naszym rozumowaniu, kiedy w końcu wyjaśni się, czym te dziwne opady są?
Jeżeli Ivan Sanderson miał rację, drążenie tematu może nas doprowadzić do rewolucyjnych wniosków…

Rating: 4.1/5. From 7 votes. Show votes.
Please wait...